(69) 1198,1199,1202,1203,1204

1198. O DAWANIU
Indyjska legenda opowiada, jak to pewien chłop, idąc z workiem pszenicy na plecach, spotkał samego Pana Boga. Bóg poprosił nieoczekiwanie o trochę pszenicy. Chłop wyszukał najmniejsze ziarenko i wręczył je proszącemu Stwórcy.
Ten wziął ofiarowany dar, przemienił go w złoto i oddał z powrotem właścicielowi. Wówczas chłop przyszedł po rozum do głowy i żałował, że nie dał Bogu całego worka.

1199. O NOEM II
Noe II znalazł w arce dom i ani myślał z niej wysiadać. Powtarzał tylko:
– Brzydko jest na zewnątrz. Kto by w taką pogodę wypuszczał kruka?
Noe II i jego dzieci urządzili sobie z biegiem czasu własny świat w arce: Dlaczego mieliby go teraz opuszczać i wychodzić w nieznane? Więc dowódca arki zarządził:
– Zamknijmy drzwi i okna!
I tak płynął czas i oni z nim. Noe II nie wypuścił – jak jego imiennik Noe I – po czterdziestu dniach kruka. Nie wysłał też na zwiady gołębicy, aby się przekonać, czy nastał w końcu czas do wysiadania. Ta załoga nie miała w ogóle ochoty interesować się tym, co działo się poza ścianami korabia.

1202. O RYCERZU I ŚWIĘTYM PŁOMIENIU
Selma Lagerlof (1858-1940) opowiada w swojej uroczej legendzie pt. Płomień światła o pewnym rycerzu z czasów krucjat, który złożył przysięgę, że po udanej wyprawie przywiezie do Florencji, swego rodzinnego miasta, świecę zapaloną od świętego płomienia przy grobie Chrystusa. Ten ślub odmienił go
całkowicie: z walecznego rycerza stał się ustępliwym i dobrodusznym poczciwiną.
Po drodze napadli go rozbójnicy – nie bronił się wcale. Przyrzekł im oddać wszystko, jeżeli nie zgaszą jego światła. Więc zabrano mu zbroję i konia, broń i pieniądze. W zamian dostał chudą szkapinę.
Po wielu jeszcze przygodach i niebezpieczeństwach dotarł w końcu do Florencji. Ale i tu nie obyło się bez trudności i niebezpieczeństw. Szkapina ledwo się wlokła, rycerz siedział na niej tyłem, aby swoim ciałem chronić płomień przed wiatrem. Nic dziwnego, że uliczna łobuzeria wzięła tak dziwnego jeźdźca za pomylonego. Wyrostki robiły wszystko, aby zgasić świecę. Tylko jakimś cudem zdołał uchronić płomień.
Odetchnął dopiero wtedy, gdy świętym płomieniem zapalił wszystkie świece w katedrze florenckiej.
Zapytany potem przez pątnika (który też się wybierał do Ziemi Świętej), co należy robić, aby donieść ogień do celu, powiedział
– Ten mały płomyk żąda od was, abyście zaprzestali myśleć o czymś innym, Ani przez moment nie wolno czuć się bezpiecznie. Jeżeli nawet uratujecie światło z nie wiem ilu przygód, musicie być przygotowani na kolejne niebezpieczeństwo.

1203. O GŁOSIE BOGA
Morris L. West w swojej powieści W butach rybaka głównemu bohaterowi, papieżowi Cyrylowi, na pytanie: czy Bóg przemawia przez niego, czy Go słyszy – każe odpowiedzieć następująco:
– W pewnym sensie – tak. Kościół jest przepojony prawdami, które On objawił w Starym i Nowym
Testamencie. One są światłem dla moich stop… Ale w innym sensie – nie. Choć modlę się o oświecenie Boże, to jednak muszę pracować ludzkim rozumem. Żadnych prywatnych rozmów z Bogiem nie prowadzę.

1204. O STACJI RATUNKOWEJ
Na niebezpiecznym i groźnym wybrzeżu paru ludzi otworzyło przed laty stację ratunkową dla rozbitków morskich. Stacja mieściła się w prostym baraku i posiadała jedynie jedną łódź. Na tej łodzi dzielna załoga wypływała o każdej porze-dnia i nocy, aby ratować zagrożonych.
Nie trwało długo, a owa skromna baza znana była w bliższej i dalszej okolicy. Wielu ochotników zgłaszało chęć konkretnej pomocy i współpracy. Wdzięczni uratowani spieszyli z pieniężną podzięką. I tak rosła liczba pracowników, dobrodziejów a z nimi też pieniądze w kasie. Więc postanowiono stację
rozbudować i ulepszyć. I tak z roku na rok stawała się coraz bardziej obszerna, pełna komfortu i eleganckiego wystroju. W końcu przerodziła się w pewien rodzaj ekskluzywnego klubu dla mężczyzn zarażonych snobizmem i niezdrową ambicją. Teraz członkowie ekip ratowniczych coraz częściej odmawiali wyjścia w morze. Coraz częściej słychać było żądania, aby w ogóle zaniechać ratowania, gdyż przeszkadza to normalnemu porządkowi w klubie.
Paru odważnych, którzy byli zdania, że ratowanie życia jest ich pierwszorzędnym zadaniem, wystąpiło z macierzystego pogotowia. Ci śmiałkowie rozpoczęli w pobliżu budowanie skromnymi środkami nowej stacji ratunkowej. Lecz i ta stacja podzieliła los poprzedniej: jej sława szła szybko w
świat, znaleźli się też protektorzy i powstał z biegiem czasu nowy klub. Tak doszło do założenia trzeciej stacji. Ale i tutaj powtórzyła się ta sama historia…
Kto dziś odwiedza to wybrzeże, znajduje wzdłuż ulicy nadbrzeżnej pokaźny rząd luksusowych klubów o egzotycznych nazwach. A wybrzeże jak dawniej jest zgubą dla wielu okrętów. Tylko że dziś większość rozbitków tonie w morzu

(70) 1205,1207,1209,1211,1212

1205. O ISTNIENIU PANA BOGA
Do pobożnego rabina przyszedł uczony mąż, który chciał podyskutować na temat istnienia Pana Boga. Rabin zatopiony w myślach chodził akurat z książką w ręku i zdawał się gościa w ogóle nie zauważać.
W pewnym momencie jednak przystanął; rzucił przelotnie okiem na przybysza i zaczął mamrotać pod nosem:
– A może to jednak prawda, a może to jednak prawda…
Uczony nie spodziewał się takiego zachowania pobożnego męża, nie miał żadnej riposty na tak proste wyznanie. Spojrzał w twarz rabina i poczuł, jak przeszywa go jakiś prąd, jak słabną stawy w kolanach.
– Mój synu – zwrócił się rabin do gościa – teologowie nie wyłożyli ci Boga i Jego królestwa jak karty na stół. Ja też :tego nie potrafię. Ale pomyśl: a może to jednak prawda!
Temu skromnemu „może” uczony nie był w stanie niczego zarzucić.

1207. O KLOWNIE U PSYCHIATRY
U psychiatry zjawił się młody człowiek, skarżąc się na depresję i obsesję strachu. Lekarz dał mu między innymi taką radę praktyczną:
– Niech pan pójdzie w najbliższym czasie do cyrku, który gości teraz w naszym mieście. Występuje tam wspaniały klown. On pana na pewno rozpogodzi i pobudzi do śmiechu.
Pacjent usłyszawszy to pobladł. Chwycił lekarza za ramię i wyznał:
– Panie doktorze, tym klownem jestem ja.

1209. O SKLEPIE Z RODZICAMI
Rodzice – oboje pracujący zawodowo – przed imieninami córeczki wpadają do sklepu z zabawkami i tłumaczą sprzedawczyni:
– Cały dzień jesteśmy oboje poza domem. Szukamy czegoś, co małą ucieszy, długo ją zajmie i rozwieje uczucie samotności.
Bardzo mi przykro – uśmiecha się przyjaźnie ekspedientka – ale rodziców nie prowadzimy.

1211. O CEBULCE I STARUSZCE
Fiodor Michajłowicz Dostojewski (1821-1881) opowiada w swojej uroczej legendzie pt. Cebulka o tym, jak ważne w naszym życiu są czyny miłości, nawet mikroskopijne.
Żyła kiedyś staruszka, która nigdy w życiu nie uczyniła nikomu nic dobrego: nikogo nie kochała, na wszystkich była obrażona i zła. Kiedy umarła, przyszli wysłańcy Lucyfera i ulokowali ją w morzu ognistym. Jej Anioł Stróż przypatrywał się temu bezradnie. Żal mu było swej podopiecznej i usiłował w
pamięci odgrzebać jakiś dobry uczynek tej kobiety, aby o tym zakomunikować Panu Bogu i prosić ewentualnie o interwencję.
I nagle przypomniał sobie pewien szczegół. Poszedł szybko do Pana Boga i przedstawił sprawę:
– Ta stara kobieta wyrwała raz cebulkę ze swego ogrodu i dała ją proszącej żebraczce.
Bóg na to:
– Dobrze, weź więc tę samą cebulkę i rzuć ją w morze tak, aby owa staruszka mogła ją uchwycić.
Jeżeli potrafisz w ten sposób wyciągnąć swoją podopieczną, to będzie żyła na wieki w moim królestwie.
Jeżeli natomiast cebula nie wytrzyma, staruszka zostanie razem z nią, tam gdzie jest. Anioł zrobił, co mu Pan Bóg przykazał: rzucił cebulkę prawie że w ręce staruszki, krzyknął, żeby się mocno trzymała i zaczął ostrożnie ciągnąć. Tę całą akcję ratowania spostrzegli oczywiście inni współmieszkańcy morza. Im też się ;marzyło inne życie i chcieli wykorzystać nadarzającą się szansę.
Przyczepili się więc do tej staruszki, aby razem z nią wydostać się na zewnątrz. Ale kobieta nie miała nawet teraz ani krzty dobroci. Odpychała ze złością każdego, kto chciał się okazyjnie wyratować.
– Tylko mnie należy się ratunek – krzyczała – to moja cebula, nie wasza, wy podli!
Kiedy to powiedziała, pękła wiotka roślinka: nie wytrzymała takiego ciężaru złości ludzkiej. Stara kobieta wydała sama na siebie wyrok – poszła z powrotem w ogniste morze i cierpi tam aż do dnia dzisiejszego:
A Anioł Stróż odszedł z płaczem.

1212. O KRZYŻU I OŚLE
W roku 1856 na Palatynie w Rzymie dokonano interesującego odkrycia. Kiedy usunięto gruzy starożytnej szkoły kadetów, znaleziono wyryty na ścianie dziwny krzyż. Ukrzyżowany mężczyzna miał głowę osła. Obok stał młodzieniec z wyciągniętymi rękami w geście pozdrowienia. Pod spodem niezgrabne
litery układały się w napis: ALEXAMENOS SEBETE THEON-Aleksamenos adoruje swego Boga!
Karykatura krzyża, pośmiewisko z narzędzia kary śmierci. Naukowcy są przekonani, że jest to jedno z najstarszych przedstawień godła chrześcijaństwa: rysunek ten musiał powstać między rokiem 123
a 126. Bóg na krzyżu – dla młodych kadetów było to nie do zrozumienia. Taki Bóg jest osłem, tak samo jego wyznawcy – rozumowali wówczas nie tylko przyszli adepci sztuki wojennej.
W 1870 r. odkryto w innym pomieszczeniu jednoznaczną odpowiedź młodego chrześcijanina Aleksamenosa. Na cokole pomnika ku czci boga wojny (Marsa) wyryty paznokciem napis głosił:
ALEXAMENOS FIDELIS – Aleksamenos wierny i wierzący!

(71) 1214,1215,1219,1220,1221

1214. O NIEDZIELI U ZWIERZĄT
Zwierzęta zebra-się pewnego razu na polanie i zaczęły radzić nad problemem niedzieli. Chciały bowiem mieć – tak samo jak ludzie-własną niedzielę. Niebyły jednak zgodne co do istoty owego dnia.
Pierwszy zabrał głos król zwierząt:
– To jest bardzo proste. Chodzi głownie o dobre żarcie. Ja w każdą niedzielę chciałbym konsumować antylopę.
Paw zaprzeczył energicznie:
– Ależ królu, dlaczego jedzenie? Ważniejsza jest przecież świąteczna szata. Ja życzę sobie na niedzielę garnitur tęczowych piór na ogon.
Na to odezwał się leniwiec:
– W niedzielę potrzeba mi przede wszystkim spokoju, abym się mógł porządnie wyspać.
Małpa rzekła:
– Sto orzechów kokosowych i dobre drzewko do wspinaczki, tudzież parę lian do huśtania wystarczy w zupełności. Świnia skonstatowała krótko:
– Piękne tłuste błotko i dwa worki żołędzi. Więcej nie chcę.
I tak każde zwierzę przedkładało własne życzenie. Pan Bóg spełnił wszystkie te prośby, ale zwierzęta dalej nie miały niedzieli.

1215. O RYBAKU I TURYŚCIE
Rybak wróciwszy z połowu siadł brzegu i patrzył na dalekie morze. Wtedy zagadnął go wścibski turysta:
– Dlaczego nie weźmiesz kredytów? Wtedy można by kupić motor i połów byłby dwa razy większy.
To przyniosłoby pieniądze na kuter i drugiego człowieka. Połów dwa razy dziennie – to zarobek poczwórny. Potem byłyby następne kutry, załoga, stoisko na targu, rybna restauracja, fabryka konserw –
turysta mówił jak w ekstazie.
– A potem? – przerwał rybak.
– Potem nie potrzebujesz w ogóle nic robić. Będziesz siedział cały dzień i szczęśliwy kontemplował morze.
– To robię przecież już teraz, tylko tyś mi przeszkodził – odpowiedział rybak.

1219. O WYMIANIE KRZYŻY
Średniowieczna legenda opowiada, jak to Pan Bóg zlitował się nad człowiekiem; który biadolił nieustannie, że jego krzyż jest za ciężki. Więc dobry Bóg zaprowadził go do olbrzymiego pomieszczenia, gdzie był bogaty wybór krzyży, rozmaitego kształtu i rożnej wielkości. Kazał mu się rozejrzeć i wybrać
ten, który mu najlepiej pasuje.
Człowiek zaczął szukać, ale trudno mu było znaleźć odpowiedni: bo albo byt za gruby, albo za długi, alba za ostry, albo niewygodny. Każdy krzyż miał coś nieprzyjemnego. W końcu znalazł w kącie taki, który wydawał mu się w sam raz. Ten chciałbym nieść – pomyślał. Przyjrzawszy się jednak bliżej;
zauważył, że to był właśnie jego dotychczasowy krzyż.

1220. O WESOŁKU W NIEBIE
Pewnego razu umarł całkiem nieoczekiwanie niestary jeszcze Wesołek. Natychmiast po tym fakcie znalazł się w kolejce do tronu Chrystusa-Sędziego. Kolejka posuwała się wolno, ale sprawnie. Wesołek mógł doskonale śledzić zachowanie się czekających i decyzje Sądu. Oto Jezus przewrócił parę kart w
Wielkiej Księdze i powiedział do pierwszego:
– Tutaj jest napisane: Byłem głodny a dałeś mi jeść. Wspaniale, proszę do środka!
Następnemu odczytał: – Byłem chory a odwiedziłeś mnie. Wspaniale, wejdź do Królestwa!
Ludzie w ogonku zachowywali się spokojnie i cicho. Wesołek rozumiał każde słowo. Rozmyślał, rachował sumienie, przymierzał do siebie to, co mówili inni. Uprzytomnił sobie przy tym, że on niczego podobnego nigdy nie popełnił: nie dał nikomu jeść ani pić, nie udzielił gościny, nie odwiedził ani jednego
chorego, nie bronił słabych i pokrzywdzonych. Zaczął się więc poważnie martwić i bać, jak potoczą się teraz jego losy, jak zareaguje Sędzia na tak puste konto. Trząsł się tym więcej, im krótsza stawała się droga do tronu Jezusa.
W końcu przyszła i na niego kolej. Spojrzał z lękiem na pochylonego Chrystusa, który cierpliwie szukał w księdze odpowiedniej „pozycji”. Po chwili Sędzia podniósł głowę, zwęszył oczami Wesołka i
powiedział:
– No, niewiele tu o tobie. Coś jednak zrobiłeś. Napisano tutaj: Byłem smutny, rozczarowany i przygnębiony, a ty przyszedłeś i opowiadałeś „kawały”. Zmusiłeś mnie do śmiechu i przywróciłeś mi radość. Wspaniale, jazda do nieba!
Wesołek uśmiechnął się najpiękniejszym uśmiechem i w podskokach dziecięcych podążył w kierunku bramy niebieskiej.

1221. O SOWIE-MĄDRALI
Była sobie sowa-mądrala. Umiała odpowiedzieć na każde pytanie, nie troszcząc się wiele o prawdziwość informacji. Ot, tak sobie mówiła, co jej w dziobie zaszumiało.
Pewnego razu nad lasem przeleciał samolot. – Co to jest? – zaćwierkał wróbel.
– Ptaszek – odparła mądrala pogardliwie. Nie mogła tego znieść, że samolot był od niej większy i szybszy. Nie wiedziała też, dokąd odleciał. To ją nie tylko zdenerwowało, ale i zaniepokoiło. Więc zaczęła teraz dniem i nocą badać tajemnicę srebrnego ptaka. Poszła w ślad za samolotami, a one latały wciąż dalej i dalej. Mądrala poznawała coraz więcej świata.
Po długim czasie sowa wróciła znowu do lasu. Rodzina i sąsiedzi rzucili się zaraz na nią z pytaniami. Ona jednak odpowiadała krótko:
– Nie wiem. Świat jest wielki, a ja jestem mała. I wszyscy czuli, że teraz stała się naprawdę mądra.

(72) 1225,1227,1228,1229,1230

1225. O CZŁOWIEKU W STUDNI
Pewien człowiek wpadł był przez nieuwagę do głębokiej studni. Widząc swą beznadziejną sytuację, wołał z całej siły o pomoc i ratunek. Przechodził tędy akurat Budda. Przystanął; spojrzał w dół i pouczył z namaszczeniem:
– Całe życie jest cierpieniem, więc trzeba się z tym pogodzić.
Za moment przechodził również Konfucjusz. Ten słysząc wołanie o pomoc, nachylił się, wyciągnął rękę i powiedział: – Jeżeli mnie dosięgniesz, to cię wyciągnę.
Człowiek w studni próbował wzbić się w gorę, ale był za słaby i głębiej jeszcze osunął się po oślizłych kamieniach. Wreszcie szedł tą drogą także Jezus. Gdy tylko usłyszał , że ktoś potrzebuje pomocy, natychmiast zdjął świąteczny płaszcz, opuścił się do studni, wziął bez słowa zagubionego na swe ramiona i wyniósł go do góry, w światło.

1227. O WSTĘPOWANIU DO NIEBA
W małej rosyjskiej miejscowości żył sobie pewien rabin. Krążyła o nim wieść, jakoby każdego ranka przed porannym pacierzem wstępował w niebo. Jeden z miejscowych inteligentów nie wierzył tej plotce i postanowił zdemaskować oszusta. W tym celu zaczaił się przed domem rabina.
I oto co widzi? O świcie ów pobożny Żyd rzeczywiście opuszcza swój dom, ubrany roboczo idzie w kierunku pobliskiego lasu. Niedowiarek skrada się ostrożnie i obserwuje uważnie poczynania podejrzanego rabina. Rabin tymczasem wyjmuje siekierkę i obrabia drzewo na opał. Powiązał je w pęczki
i niesie na plecach do domu biednej i chorej staruszki. Obserwator zajrzał przez okno: rabin klęczał na ziemi i rozpalał w piecu.
Kiedy człowiek ów wrócił do miasta, pytali go ciekawscy: – No i co, wykryłeś oszustwo? Jak to jest z tym codziennym wniebowstępowaniem starego Żyda?
– Rabin wstępuje jeszcze wyżej niż do nieba – odpowiedział zawstydzony.

1228. O ŻEBRAKU I KOPIEJCE
Na chodniku ruchliwej ulicy siedzi żebrak w łachmanach i prosi o jałmużnę i wsparcie. Nikt nie zwraca na niego najmniejszej uwagi. Tylko jeden przechodzień zatrzymał się i powiedział
– Dałbym ci coś chętnie, ale właśnie zauważyłem, że w kieszeni nie mam ani kopiejki.
– Tyś dał mi więcej niż jedną kopiejkę – odpowiedział biedak – ty ofiarowałeś mi kawałek twojego serca.

1229. O LUDZIKU Z SOLI
Ludzik z soli przewędrował już szmat drogi. Dotychczas wybierał zawsze suche tereny, teraz zaś stanął nad brzegiem morza; którego jeszcze nigdy nie widział. Intrygowała go ta wielka ruchoma powierzchnia, więc zagadnął:
– Kto ty jesteś? – Jestem morze.
– Co to znaczy morze? – pytał dalej ludzik. – To znaczy ja -odpowiedziało – morze.
– Nie mogę cię zrozumieć, aczkolwiek bardzo tego chcę – tłumaczył ludzik.
– Dotknij mnie, to zrozumiesz – powiedziało morze. I ludzik z soli wyciągnąwszy ostrożnie nogę, dotknął morza. Poczuł, jak znika obcość. Kiedy jednak wyjął nogę z wody, zauważył, że nie ma stopy.
– Coś ty narobiło! – krzyczał zdumiony ludzik.
– Aby mnie zrozumieć, musisz coś ofiarować – odpowiedziało morze.
Ludzik z soli robił się coraz mniejszy, ale jednocześnie miał wrażenie, że rozumie morze coraz lepiej.

1230. O DWÓCH FURMANACH I JEDNYM ANIELE
Dwóch furmanów – jeden bardzo pobożny, drugi wcale wpakowało się z pełnymi wozami w okropne błoto. Wozy ugrzęzły po osie, konie rwały uprząż; ale dalej ani rusz. Ten pierwszy padł zaraz na kolana w szlam i modlił się głośno o pomoc Boga, obserwując cały czas reakcję nieba.
Drugi natomiast klnąc niemiłosiernie próbował wszystkich środków, aby jak najszybciej wydostać się z tych tarapatów: znosił kamienni gałęzie, chwytał za szprychy, okładał konie.
I oto zdarzył się cud: z nieba zstąpił rzeczywiście anioł. Ku zaskoczeniu obu woźniców udał się jednak do tego, który cały czas siarczyście przeklinał. Zmieszany furman nie chciał wierzyć:
– Przepraszam, ale to musi być pomyłka. Ta pomoc należy się z pewnością temu drugiemu.
– Nie – wyjaśnił anioł – ta pomoc jest przeznaczona dla ciebie. Bóg pomaga temu, kto nie szczędzi rąk do pracy!

(73) 1234,1235,1242,1243,1244

1234. O CZYSTYCH RĘKACH
Na Boskim Sądzie zjawia się pewien człowiek i wyznaje dobrodusznie:
– Oto, Panie, zachowywałem wszystkie Twoje prawa, nie uczyniłem nic złego, żadnej niesprawiedliwości i żadnego przestępstwa. Panie, moje ręce są czyste.
– To prawda – odpowiedział Najwyższy Sędzia – tylko, niestety, są puste.

1235. O ZMĘCZENIU KAZANIEM
W Wielki Szabas, po skończonym nabożeństwie, rabin zmęczony przywlókł się do domu.
Co cię tak wykończyło? – spytała zaraz troskliwa żona.
– Kazanie – odpowiedział mąż. – Musiałem mówić o biednych i ich wielorakiej tęsknocie za przyszłą paschą, bo maca, wino i wszystko inne pójdzie w tym roku okropnie w gorę.
– I coś osiągnął tym twoim kazaniem – pytała dalej małżonka.
– Połowa jest już załatwiona – odpowiedział kaznodzieja – biedni są już gotowi brać. Jak wygląda druga połowa, mianowicie: czy bogaci są skorzy do dawania – tego jeszcze nie wiem.

1242. O STARYM MNICHU
Był zwykłym braciszkiem zakonnym. Przez 50 lat szył i naprawiał buty. Robił to z radością i ze śpiewem. Na pamięć znał już stopy wszystkich mnichów z okolicy.
Aż tu naraz postanowiono, że za robotę trzeba brać pieniądze. Stary szewc musiał teraz liczyć buty i godziny pracy, szacować zużyty materiał, sumować koszty, prowadzić buchalterię. Od tego czasu mnich stracił radość i przestał śpiewać.

1243. O ZGINANIU GRZBIETU
Do rabina przyszedł w gościnę słynny uczony. Po grzecznościowych komplementach gość wyrzucił z siebie swoje żale: – Przeczytałem już masę ksiąg, studiuję już szmat czasu, lecz nie spotkałem jeszcze nigdy
Pana Boga.
– Widocznie jeszcze niedostatecznie zginasz swój grzbiet odparł spokojnie rabin.

1244. O SPOTKANIU NA SZOSIE
Na szosie rozegrała się kiedyś taka „rodzajowa” scenka: Z eleganckiego auta wysiadł równie elegancki pan i zaczął coś „dłubać” przy swoim wozie. Robił to bardzo niezręcznie. Obok stał młody człowiek i z uśmiechem przyglądał się tej szamotaninie z żelastwem. W końcu właściciela auta poniosły nerwy i wywiązał się dialog:
– Co się pan tak gapisz? – A co, nie wolno?
– Wolno nie wolno, ale ja sobie tego nie życzę.
Nic pan nie masz do ‚ życzenia, bo droga należy do wszystkich.
Panie, odejdź, radzę; bo to się źle skończy.
– A właśnie, że nie odejdę, bo mi się tu podoba stać i patrzeć.
Mężczyzna od auta już krzyczał: – Pan nie wie, kim ja jestem!
– Nie wiem i wcale mnie to nie interesuje. – Takich jak ja jest w Polsce tylko kilku.
– A takich jak ja – odpowiedział spokojnie młodzieniec – jest w Polsce tylko jeden.

(74) 1246,1248,1250,1251,1253

1246. O FILOZOFIE I ZAMIATACZU ULIC
Filozof powiedział do zamiatacza ulic:
Współczuję ci. Ciężka twa praca i brudna: A zamiatacz odrzekł:
– Dziękuję panie. Ale-powiedz mi; jaka jest twoja praca?
Ja studiuję ducha ludzkiego, jego czyny i żądze- odpowiedział filozof:
A wtedy zamiatacz oddalił się do swojej pracy i dodał z uśmiechem:
– Ja ci również współczuję.

1248. O CHRYSTUSIE, PIOTRZE I GRADOBICIU
Kiedyś, gdy po ziemi chodził Chrystus z Piotrem; zawędrowali pewnego wieczoru do chaty wieśniaka. Przyjęto ich gościnnie i serdecznie. W rozmowie okazało się, że spodziewają się dobrych zbiorów, co umożliwi synowi studia w mieście. Następnego ranka pielgrzymi poszli dalej. I nagle niebo zaciągnęło się czarnymi chmurami i posypało grubym gradem. Piotr rzekł wtedy z wyrzutem:
– Panie, to ma być podziękowanie biednym ludziom za to, że byli dla nas tak łaskawi?
– Milcz, Piotrze – powiedział ostro Jezus – mój Ojciec wie, co robi. Gdyby ten młodzieniec poszedł na nauki do miasta, zszedłby na psy. A tak pozostanie porządnym człowiekiem.

1250. O KROWIE I ŚWINI
Pewnego razu do krowy przyszła świnia ze swoimi żalami
– Ludzie mówią tylko o twojej serdeczności. Co prawda, dajesz im mleko, ale przecież ze mnie mają o wiele więcej: szynkę, boczek, słoninę, golonkę. A mimo to nikt mnie nie lubi. Dla wszystkich jestem tylko zwykłą świnią. Dlaczego? Krowa zastanowiła się chwilkę i potem rzekła:
– Może, dlatego, że ja daję jeszcze za życia.

1251. O NOSZENIU NA PLECACH
Pewien stary człowiek miał taki oto sen: Śniło mu się, że spaceruje z Chrystusem po plaży. Na ekranie nieba zjawiały się kolejne sceny z życiorysu staruszka, na piasku ślady stop. Zauważył, że nie zawsze były to ślady dwóch osób. Skonstatował bez trudu, że akurat w czasach najtrudniejszych była
widoczna tylko jedna para stop: A więc zaraz z pretensjami do Pana Jezusa, że zostawia go samemu sobie,
że przecież obiecał iść razem po wszystkich drogach życia. Chrystus odpowiedział:
– Mój przyjacielu, nigdy bym cię nie opuścił. A wtedy, kiedy było ci ciężko – gdzie widać tylko pojedyncze ślady to były czasy, gdy niosłem cię na plecach.

1253. O BEZDZIETNOŚCI I PELERYNIE
Do starego rabina przyszła pewna kobieta i żaliła się, że wiele lat jest już zamężna, ale nie ma jeszcze dziecka, a tak by je bardzo chciała mieć.
Na to uczony opowiedział jej o swojej matce:
– Moja matka również zestarzała się i nie miała dziecka, aczkolwiek bardzo je chciała mieć.
Pewnego dnia usłyszała, że jakiś świątobliwy rabin zatrzymał się w mieście. Postanowiła natychmiast pobiec do niego i prosić, aby ten wymodlił jej syna. Chcąc pokazać, jak wielka i ważna dla niej ta prośba;
wzięła z domu najkosztowniejszą pelerynę, aby ofiarować ją świętemu mężowi. Kiedy dotarła do gospody, gdzie zamieszkał, ów rabin, ten akurat był odjechał , do innego miasta. Matka bez zwłoki wyruszyła w drogę, szła za nim od miasta do miasta, aż w końcu dotarła do mistrza, dała mu pelerynę i przedłożyła
swoją prośbę. Potem wróciła do domu i za rok urodziła mnie.
Kiedy rabin skończył opowiadać, petentka zawołała:
– Ja też jestem gotowa przynieść ci najwspanialszą pelerynę, bylebym tylko urodziła syna.
– To nie wchodzi w rachubę – odparł spokojnie rabin – ty słyszałaś już tę historię, moja matka nie.

(75) 1255,1256,1257,1258,1259

1255. O WODZIE I CHRZEŚCIJAŃSTWIE
– Chrześcijaństwo istnieje już dwa tysiące lat, ale ludzie nie stali się lepsi -argumentował jakiś niedowiarek w rozmowie z proboszczem. Duchowny odpowiedział życzliwie i bez emocji: – Woda istnieje już miliardy lat, a popatrz pan na swoją szyję!

1256. O NITCE
Stara rabinacka legenda opowiada, że każdy z nas złączony jest z Bogiem niewidzialną cienką nitką. Grzech obciąża człowieka da tego stopnia, że dratwa rwie się. Jeżeli jednak grzesznik przyznaje się szczerze do winy i żałuje popełnionych czynów, jeżeli mocno prosi Boga o przebaczenie, to dobry Bóg
lituje się i osobiście wiąże rozerwane łącza.
Rzecz oczywista, że nitka staje się za każdym razem coraz krótsza, a my – grzesznicy… zbliżamy się coraz bardziej do nieba.

1257. O KAZANIU FRANCISZKAŃSKIM
Pewnego dnia święty Franciszek zaproponował młodemu zakonnikowi:
– Chodźmy do miasta, aby powiedzieć ludziom kazanie! Udali się więc zaraz do Asyżu: spacerowali długo, przemierzali uliczki i place, rozprawiając o duchowych doświadczeniach i przeżyciach. Gdyż już szli w kierunku domu, zdumiony towarzysz zawołał:
– Ależ ojcze, zapomnieliśmy przecież o kazaniu!
Święty Franciszek przystanął, położył rękę na ramieniu współbrata, uśmiechnął się delikatnie i
powiedział z wielką łagodnością:
– Mój synu, przecież cały czas nie robiliśmy niczego innego. Czyż nas nie obserwowano, czyż nie dochodziły do ludzi strzępy naszych rozmów? Nasze rozmowy, nasze twarze i nasze zachowanie były jednym ciągłym kazaniem. Zapamiętaj mój synu, nie ma sensu udawać się w drogę, aby wygłosić gdzieś
przygotowane kazanie, jeżeli już w czasie drogi nie głosimy kazania!

1258. GĘSIACH I NAMIESTNIKU
W Turcji opowiadają, jak to kiedyś – gdy kraj był pod obcym panowaniem – pewien sprytny i mądry człowiek upiekł gęś, aby ofiarować ją miejscowemu namiestnikowi. W drodze jednak apetyczna pieczeń tak łaskotała jego podniebienie i tak drażniła żołądek, że w końcu urwał gęsią nogę i zjadł z
wilczym apetytem. Taką jednonożną gąskę postawił potem razem z tacą przed namiestnikiem. Srogi
władca zapytał zaraz o drugą nogę.
– Nasze gęsi mają wszystkie tylko jedną nogę – odparł dobrodziej. W tym momencie zebrało się akurat przed domem namiestnika stado gęsi, i wszystkie jak na komendę stały na jednej nodze. Mędrzec
miał więc argument:
– Jeżeli pan nie wierzy, to proszę spojrzeć przez okno! Ale sceptyczny kacyk rzeczywiście nie wierzył i kazał służbie przepędzić kijem owe niewinne stadko. Naturalnie spłoszone gęsi zaczęły uciekać na dwóch nogach. Wtedy odparł mędrzec:
– Jeżeli pan zakosztowałby tych kijów; to szybko stałby się czworonogiem.

1259. O MROWCE I HIMALAJACH
Według starej legendy indyjskiej Himalaje – najwyższy łańcuch górski na świecie – były kiedyś małą mrówką. Mrówka-matka zostawiła pewnego dnia swą córeczkę samą w mrowisku i poszła szukać coś do jedzenia. Rodzicielka uczyła dzieci, że kiedy zostają same, mają stale myśleć o Bogu i wciąż do Niego się modlić, gdyż – argumentowała – istota modląca się jest zabezpieczona w Bogu i nic jej się nie może stać, nic złego przydarzyć.
Gdy tylko mrówka-matka wyszła za próg, zjawił się mrówko-niedźwiedź, aby na śniadanie spożyć między innymi naszą małą mrówkę. I już wysunął swój jęzor, ale ofiara stała się natychmiast większa niż jego pysk. Miś jednak nie dawał za wygraną i starał się wszelkimi sposobami dostać młodą mrówkę.
Daremnie. Mrówka rosła i rosła, aż jej plecy dotknęły nieba. Wtedy Bóg pogłaskał czule grzbiet mrówki i przyzwolił, aby już taka pozostała na zawsze. To są właśnie Himalaje – modląca się mrówka –
fundamentem wsparte o ziemię a szczytem sięgające nieba.

(76) 1261,1263,1268,1271,1279

1261. CIĘŻARZE
Działo się to gdzieś w Azji. Mały chłopiec dźwiga na plecach swego – niewiele mniejszego – chorego braciszka.
– Nie jest ci ten ciężar za ciężki? – pyta jakiś turysta. – To nie jest żaden ciężar, to jest mój brat – odpowiada
rezolutnie dzielne dziecko.

1263. O DWÓCH MNICHACH I JEDNEJ DZIEWCZYNIE
Dwóch mnichów wybrało się na kilkudniową pielgrzymkę. Zaraz nazajutrz zaskoczyła ich ulewa, która zamuliła całkowicie drogę do celu. Nagle – jak spod ziemi – stanęła przed nimi piękna dziewczyna w jedwabnym kimonie. Widać, że chce iść dalej, ale boi się błota. Jeden z zakonników zareagował natychmiast: wziął po prostu dziewczę „na barana” i przeniósł na drugą stronę.
Po tym „zdarzeniu” pielgrzymi udali się w dalszą drogę. Ale już jakoś markotni, zmieszani, nie swoi. Szli w milczeniu do końca drogi. Wreszcie już w sanktuarium ten drugi przemówił z wyrzutem i pouczeniem braterskim:
– Dlaczego to zrobiłeś? Przecież świadom jesteś niebezpieczeństwa. Wiesz, że nasza reguła zabrania kontaktu z kobietami, zwłaszcza pięknymi i młodymi.
– Widzę, że ty tę dziewczynę niesiesz jeszcze w dalszym ciągu. Ja zostawiłem ją tam, gdzie ją przeniosłem – odparł ten, co pomógł w potrzebie.

1268. O BUTACH I KAMIENIACH
W Tybecie, gdzie prawie cały kraj to góry i skały, w pewnym zakątku, cała ziemia pokryta była ostrymi kamieniami: Dla biednych ludzi oznaczało to katorgę: przy każdej okazji ranili sobie do krwi bose stopy. Pewnego dnia zjawili się we wsi jacyś naprawiacze świata i zaczęli głosić, że w celu poprawy
nieznośnej sytuacji potrzeba tutaj radykalnych kroków, a mianowicie trzeba wyłożyć całą okolicę bawolimi skórami. Usłyszawszy o tym szalonym projekcie miejscowy szewc, powiedział:
– Ja osobiście jestem w dalszym ciągu przekonany, że najlepszą pomocą w tym wypadku jest robienie tradycyjnych butów.

1271. PLOTKACH I PIÓRACH
Święty Filip Neri (1515-1595) pewnej hrabinie, która nie mogła sobie poradzie z grzechami języka, miał kazać za pokutę rozrzucić na wietrze worek pierza.
Po jakimś czasie dama przyszła znowu z tym samym wyznaniem. Święty zadał jej wtedy „odwrotną” pokutę: zebrać rozrzucone pióra.
Kronikarze opowiadają, że penitentka zrozumiała naukę i raz na zawsze przestała plotkować i obmawiać.

1279. O ŚWISTAKU I MNICHU
W kronikach zakonnych można przeczytać wiele historii o sposobie na życie. Jedna z nich opowiada, że pewien człowiek wybrał się do słynnego z pobożności i mądrości mnicha, aby nauczyć się od niego, jak żyć. Pustelnik zapytał zaraz na wstępie: – Bracie, coś ty dzisiaj zrobił?
– Przeniosłem paru ludzi przez rwącą rzekę – padła odpowiedź.
– I co jeszcze? – pytał dalej mistrz.
– Siedziałem jakiś czas na kamieniu i rozmyślałem o sensie życia – z zadowoleniem odpowiedział
nasz człowiek. – I co jeszcze? – nalegał mnich.
– Bawiłem się ze świstakiem; ale tylko pół godziny wykrztusił prawie ze wstydem.
– To była najważniejsza praca tego dnia – stwierdził święty mąż.

(77) 1281,1282,1284,1285,1286

1281. O KWATERACH NIEBIESKICH
Pewna kobieta, żyjąca w dostatku i ciesząca się w okolicy dużym  powodzeniem, dożyła swych ostatnich dni na ziemi, a potem poszła do nieba. U bram niebieskich powitał ją uprzejmie anioł-dyżurny.
Przedstawił się jako wysłannik Pana Boga, podał adres zamieszkania wiecznego i zaproponował odprowadzenie na miejsce. Nieboszczka zgodziła się od razu.
Po drodze mijali wspaniałe pałace i mieszkania-cacka, wille jak się patrzy. Kobieta myślała w duszy: ten lub ów dom mógłby należeć do mnie. Ale anioł szedł dalej. W końcu dotarli do nędznej chaty na przedmieściach nieba.
– To twoje mieszkanie – powiedział wysłannik Boży. – Ależ to niemożliwe. Jak w takich warunkach można przeżyć wieczność -oburzyła się dama.
– Bardzo mi przykro – odrzekł spokojnie anioł – ale z materiału, jaki nam przysłałaś za życia do nieba, nie można było nic lepszego zrobić.

1282. O BLISKOŚCI I ODDALENIU
Pewien uczeń zapytał mistrza:
– Jak to jest, że ktoś, kto kocha Boga całym sercem i wie, że żyje w bliskości Boga, doświadcza niekiedy uczucia rozłąki i oddalenia od Boga?
Mistrz wyjaśnił mu to przykładem z życia:
– Kiedy ojciec uczy swe małe dziecko chodzić, stawia je najpierw przed sobą, a chcąc je uchronić przed upadkiem, rozkłada blisko niego obie ręce i w ten sposób dziecko idzie ku ojcu między jego rękami.
Ale kiedy już jest blisko, ojciec odsuwa się troszkę od niego i szerzej rozkłada ręce. A robi to tak długo, póki dziecko nie nauczy się chodzić.

1284. O MIŁOŚNIKU SMOKÓW
W Chinach od 2400 lat opowiadają, że żył kiedyś wielki miłośnik smoków. Wszystkie jego szaty, wszystkie puchary, wszystkie zbroje, wszystkie komnaty ozdobione były groźnymi smokami.
Gdy usłyszał o tym Smok Niebieski, opuścił niebo smocze i zjawił się (bez zapowiedzenia) w domu słynnego miłośnika smoków. Gdy nasz bohater ujrzał Smoka z nieba; tak mocno się wystraszył, że uciekł za siódmą gorę i za siódmą rzekę. Okazało się bowiem; że ów miłośnik smoków nie znosił i nie lubił
prawdziwych smoków. Uwielbiał tylko ich (jakże czasem wykrzywione i koślawe!) wyobrażenia.

1285. O SCHODACH
Polski krótkometrażowy (trwa tylko 8 minut!) film rysunkowy pt. ,;Schody” jest udaną parabolą na temat dążenia do doskonałości, wspinania się wzwyż. Oto człowieczek idąc za strzałką z napisem „schody”, błądzi w labiryncie stopni i schodków. Droga prowadzi przeważnie w gorę, ale czasami trzeba
też schodzić w dół. Człowieczek idzie wytrwale we wskazanym kierunku, ale z biegiem czasu zaczyna odczuwać zmęczenie: kroki są coraz wolniejsze i mniejsze. Ostatkiem sił dochodzi do jednego ze szczytów, pada z wyczerpania i sam staje się wkrótce schodkiem.

1286. O SZCZĘŚLIWYM JASIU
Jest taka bajka Braci Grimm o szczęśliwym Jasiu, który myśli, że musiał się urodzić w czepku w szczęśliwą godzinę, bo o czym tylko zamarzy, natychmiast mu się spełnia. W swej rozbrajającej niezdarności idzie za każdym pragnieniem serca i daje się bez najmniejszego oporu wykołować.
I tak, otrzymawszy za siedem lat służby kawał złota („wielki jak Jasiowa głowa”), wymienia go na konia, konia na krowę, krowę na prosiaka, prosiaka na gęś. Za gęś otrzymuje od szlifierza dwa kamienie, które w końcu przez jego nieuwagę „wpadają z pluskiem do studni”. Interesujące, że im mniej posiada, tym bardziej promieniuje radością. Kiedy już został bez niczego, aż podskoczył i zawołał:
– Tak szczęśliwego człowieka jak ja nie ma chyba na całym świecie.

(78) 1293,1294,1297,1302,1305

1293. O DWUNASTYM MIEJSCU
W Austrii przeprowadzono w 1985 r. ankietę na temat roli religii w życiu człowieka. Było tam m, in. pytanie: „Co dla Ciebie jest święte, czego nie pozwoliłbyś sobie odebrać?”
Na pierwszym miejscu uplasowała się wolność osobista, na drugim bliscy z otoczenia.:. a dopiero na dwunastym chrześcijaństwo.

1294. O WYDANIU MESJASZA
Pewnego dnia zjawił się w wiosce młody człowiek. Uciekał przed prawem (a były to czasy okupacji i przemocy) i prosił o pomoc. Mieszkańcy udzielili mu schronienia. Policja jednak doszła po śladach i ustaliła miejsce pobytu poszukiwanego. Komendant zwołał wszystkich mieszkańców i zagroził, że – jeżeli do rana nie wydadzą „bandyty” – cała wioska zostanie zrównana z ziemią.
Bezradna starszyzna udała się po radę do proboszcza: Co robić, wydać młodzieńca czy dać się żywcem pogrzebać? Ksiądz też nie wiedział, co poradzić. Zamknął się tylko w pokoju i zaczął wertować Biblię w nadziei, iż znajdzie odpowiedź. Po paru godzinach natrafił na cytat, który wydawał mu się
odpowiedzią z nieba: „Lepiej jest dla was, gdy jeden człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród”
(J 11, 50).
Duchowny zamknął świętą księgę i już wiedział, co ma robić. Zawołał policjantów i wskazał im kryjówkę zbiega. Pluton egzekucyjny odprowadził go prosto na miejsce straceń. We wsi urządzono huczne święto ku czci jegomościa: uratował przecież życie wszystkim mieszkańcom. Ksiądz jednak nie miał nastroju do świętowania. Zaszył się na plebanii – smutny i przygnębiony. W nocy we śnie przyszedł do niego anioł:
– Coś ty uczynił? – spytał z cieniem oburzenia. – Wydałem skazańca – odpowiedział duchowny.
– Nie wiesz głupcze, że wydałeś Mesjasza? – wykrzykiwał poirytowany sługa nieba.
– Skąd mogłem to wiedzieć – tłumaczył się mąż Boży. – Gdybyś – zamiast wertować księgi – choć raz
odwiedził owego młodzieńca, gdybyś spojrzał mu w oczy, spostrzegłbyś od razu, kim on jest – odparł anioł.

1297. O BIBLII I KOMENTARZACH
Roman Brandstaetter (19001987), w książce Krąg biblijny przedstawił testament; jaki na kilka dni przed śmiercią przekazał mu jego dziadek M. B. Brandstaetter, znany prozaik hebrajski. Oto dziadek powiedział do niego:
Będziesz Biblię nieustannie czytał. Będziesz ją kochał więcej niż rodziców… Więcej niż mnie…
Nigdy się z nią nie rozstaniesz..: A gdy zestarzejesz się, dojdziesz do przekonania, że wszystkie książki, jakie przeczytałeś w życiu, są tylko nieudolnym komentarzem do tej jedynej Księgi.

1302. O SPOWIEDZI OPACZNEJ ,
Giuseppe T’omasi di Lampedusa (18901957), pisarz włoski – autor jednej tylko powieści pt. Lampart – przedstawia w swym dziele życie sycylijskiego księcia Fabrizio. Książę odwiedza regularnie pewną damę lekkich obyczajów w wiadomym celu. Ze sobą zabiera zawsze swego kapelana, którego
wysadza w pobliskim klasztorze. W drodze powrotnej robi tu przystanek, gdyż ma w zwyczaju „po skończonej robocie” zaraz się wyspowiadać.

1305. O KAWAŁKU PRAWDY
Pewnego dnia wybrał się diabeł ze swym przyjacielem-człowiekiem na zdrowotną przechadzkę.
Obaj spacerowicze zauważyli w pewnym momencie, że idący przed nimi młodzieniec schylił się i coś podniósł.
– Co on znalazł? – chciał wiedzieć człowiek. – Kawałek prawdy – odpowiedział diabeł.
– I nic cię to nie niepokoi? – pytał dalej człowiek.
– Nie mam powodów. Pozwolę mu tylko zrobić z tego wyczerpujący traktat teologiczny. I już nie wyjdzie z moich rąk